kilka metrów. uśmiechnięci lekarze i pielęgniarki rozprawiali wesoło, poklepywali patrzę na wiele spraw, na życie... Będąc z Sięgnęła po list. Przebiegła wzrokiem tekst, - O co chodzi? – A dlaczego miałyby się zmienić? – Ta gówniara... podniósł głos. do Afryki - odpowiedział książę. - Pracuje teraz nad Był ciekaw, co tym razem wyczytała z jego Myśl, że ich wspólny czas lada moment się skończy, nie których normalnie by nie zrobili. Dziewczynie momencie zacząć mną manipulować – powiedziała bezradnie. ten facet dobierze się do ciebie i wnuków.
odpowiedzi na powitanie. Tego się nie spodziewała. - Och, nie tylko ty byś brał. - Na jej wargach znowu zaigrał uśmiech, tym razem uroczo przekorny. - Jestem du¬żą dziewczynką, Wasza Wysokość, i wiem, czego chcę. - Na Po chwili Róża dodała jeszcze: - Henry mnie potrzebuje. - Nie! - Twoja strata. - Wzięła od Kylie walizkę i wrzuciła do niej rzeczy, które chciała zabrać, jednocześnie ani na moment nie przestając przytulać chłopczyka do siebie. Ro¬biła wszystko z taką swobodą, jakby zajmowanie się dziec¬kiem było dla niej czymś naturalnym. Henry powolutku za¬czynał się rozluźniać, już nawet opierał główkę na jej piersi. W Broitenburgu okazało się, że Henry potrzebuje nie tyl¬ko mnie, ale i Ciebie. Oczywiście, byłoby najlepiej, gdyby mógł mieć nas oboje, ale przekazywanie dziecka z rąk do rąk jest czymś strasznym. To by mu tylko zaszkodziło, po¬nieważ nie przywiązałbyś się do niego całym sercem, a on właśnie tego potrzebuje. - Jak dużo mi dałaś. Henry jest cudowny. Tammy weszła do salonu i stanęła jak wryta. Ingrid nie było. Przed kominkiem stał tylko Mark, który na widok jej zdumienia uśmiechnął się zagadkowo. - Nie. Otarła krew i zobaczyła, że rozcięcie jest długie, lecz niezbyt głębokie. - Mimo wszystko zalecałabym założenie szwów. - Przeżyję. Muszę tylko trochę poleżeć. - Rozpiął koszulę, ale kiedy zaczął ją zdejmować, gwałtownie nabrał powietrza. - Pomogę ci. Delikatnie zsunęła koszulę z jego ramion. Powoli pomogła mu uwolnić ręce z rękawów, a potem cofnęła się, żeby ocenić rozmiary uszkodzeń. Cały tors Becka pokryty był siniakami w miejscach licznych kopnięć. Jego plecy wyglądały równie źle. - Och, Beck - wyszeptała. - Naprawdę powinni cię prześwietlić. - Z powodu tego? - Jęcząc z bólu, położył się i oparł głowę na poduszce. - To nic takiego. - Proszę, pozwól mi wezwać ambulans. Za piętnaście minut możesz być w szpitalu. - Za to za piętnaście sekund mogę już spać, jeśli się zamkniesz i wyniesiesz z pokoju. Przedtem jednak poproszę o kilka tych pigułek. Sayre otworzyła butelkę i wytrząsnęła na dłoń trzy tabletki. Poprosił o czwartą i Sayre mu podała. Podtrzymała go, żeby przełknął lekarstwo i popił wodą, którą przyniosła z łazienki. Potem Beck opadł na poduszkę i zamknął oczy. - Zanim wyjdziesz, czy mogłabyś zdjąć słuchawkę z widełek? - Oczywiście. - Nasyp też suchej karmy dla Frita i upewnij się, że ma wodę. Gdybyś jeszcze mogła go wypuścić za potrzebą... - O nic się nie martw. - Brama... - Pamiętam. Zasłoniła okna, aby przyciemnić pokój, i włączyła wiatrak pod sufitem. Potem usiadła, obserwując Becka, aż rytmiczne wznoszenie się i opadanie jego piersi wskazało, że zasnął. Ruszyła w kierunku drzwi, pokazując psu, że powinien za nią pójść. Frito jednak ułożył się na podłodze, z głową na przednich łapach i spojrzał na nią smętnym wzrokiem. Cicho wycofała się z pokoju. Wczesnym popołudniem Beck obudził się z niespokojnego snu. Spojrzał na Sayre, zdziwiony jej obecnością. - Ty tutaj? - Jęczałeś. Chyba kończy się działanie ibuprofenu. Spojrzał na zegarek stojący na szafce nocnej. - Dlaczego wciąż tu jesteś? - Weź jeszcze trzy tabletki. - Wepchnęła mu lekarstwo do ust i przytknęła do nich szklankę z wodą. - Jacyś dziennikarze? - spytał po przełknięciu ibuprofenu. - Około pierwszej pojawił się tu samochód dziennika telewizyjnego. Wysiedli z niego dwaj mężczyźni, popatrzyli przez chwilę na dom, po czym wrócili do wozu i odjechali. Beck zamknął oczy i pokiwał głową. - W wiadomościach południowych była wzmianka o zamieszkach. Więcej szczegółów mają podać w dzienniku wieczornym. Biuro Nielsona wydało oświadczenie. Przykro mu z powodu użytej przemocy. Twierdzi, że zaatakowali cię nie jego ludzie, lecz pracownicy Hoyle'a. - Mówi prawdę. Rozpoznałem ich. - Twoja komórka dzwoniła kilkakrotnie. Nie odebrałam wiadomości, ale sprawdziłam, kto Ambasador zaklął, odsunął się, odkrył, że wszedł w jeszcze większą gromadę mrówek, zaklął ponownie, rzucił niepewne spojrzenie na księcia, a gdy ten nic nie powiedział, wzruszył ramionami i wycofał się do samochodu. On już spełnił swoją powinność, więcej nie można od niego żądać. Człowiek nie po to zostaje ambasadorem, by wystawać pod jakimś drzewem i narażać się na ukąszenia mrówek. Pomyślał, że w życiu nie widział równie ujmującego uśmiechu. Tak, nie budźmy go - również szeptem zgodził się Mały Książę i ostrożnie złożył kartkę, starając się, aby szelest - Aż tak źle to jej nie życzę - powiedziała powoli Tam¬my. - Po co miałabym to robić?
©2019 ten-stosunek.mazury.pl - Split Template by One Page Love